Wyprawa do Narwiku

3-8 marzec 2011

narwik2011Wspomina Rysiek Witkowski

    Od początku było wyjątkowo – nasze przyjazd na lotnisko w Gdańsku wzbudził zainteresowanie policji. Przyczyną nie było jednak zainteresowanie służb mundurowych zimnymi kąpielami. Przyczyna była banalna: nie pomyśleliśmy o tym, że paradowanie w Gdańsku w „klubowych” niebiesko-żółtych strojach z nazwą jednego ze sponsorów: Arka na piersiach, może w kibicach Lechii Gdańsk wzbudzić emocje. Uświadomili nam to dopiero policjanci obserwujący nas z wyraźnym zaciekawieniem. Ale obyło się bez zamieszania.

    Z Gdańska polecieliśmy do Oslo a stamtąd to Eveness, będącym wspólnym lotniskiem miast Narvik i Harstad. Na lotnisku czekali na nas Waldek Sulkowski i Janek Tetzlaff, którzy drogą E6 wzdłuż Ofotfjordu dowieźli nas do gościnnego domu Joli i Waldka Sulkowskich w Narviku. Po kilkugodzinnym procesie powitania poszliśmy spać.

    Czwartego marca przed ósmą rano zainicjowaliśmy oswajanie fiordu. Odpływ pozwolił nam na rozgrzewkę na chwilowo odsłoniętej, kamienistej plaży. Woda Morza Norweskiego spełniła nasze oczekiwania: była zimna, czysta i głęboka. Lekkiego psikusa sprawiła nam temperatura, która oscylowała lekko poniżej zera ale ten nieoczekiwany upał zrekompensowała nam gęsta śnieżyca, która zmoczyła nasze buty i ubrania.

Pierwszy dzień pobytu sprawił, że poczuliśmy co znaczy pobyt za kołem podbiegunowym. Wybraliśmy się do szwedzkiej Kiruny z zamiarem obejrzenia hotelu lodowego. Droga z Narviku do Kiruny biegnie przez góry. 180 km trasy pokonaliśmy w cztery i pół godziny w mrugających światłami awaryjnymi kolumnach podążających za pługami śnieżnymi z widocznością przechodzącą w niewidoczność. Pięknie było.

    Zwiedzanie Kiruny rozpoczęliśmy od spełnienia obowiązku: wizyty w najbliższym Narvikowi sklepie monopolowym w którym wszystkie Polonusy kupują każdorazowo prawnie dozwolone ilości alkoholi. Bowiem w Norwegii ceny alkoholi mogą psychicznie słabszych turystów odstraszyć od ucztowania. Z zadowoleniem zauważyliśmy, że wieloletni pobyt za granicami nie spowodował u naszych przewodników utraty instynktu…

    Icehotel jest kapitalny. Każde pomieszczenie to nietrwałe dzieło sztuki. Rzeźbiarze przygotowują hotelowe pokoje nadając im kształt nawiązujący do nazwy apartamentu: w pokoju samochodowym jako łóżko służy lodowy kabriolet, w pokoju niedźwiedzim śpi się w objęciach zdecydowanie białego niedźwiedzia. A w lodowym barze, przy lodowym stoliku podnosi się do ust lodowe kielichy z lodowatym lecz rozgrzewającym Absolutem.

    Kolejnego dnia w samo południe na plaży płonęło ognisko a grupa Polaków i Norwegów oczekiwała na kąpiel. Oprócz nas: Andrzeja, Jacka, Janka, Ryśka i Sylwka do wody weszli Marcin – Polonus i Hans Marius – Norweg z urodzenia a prywatnie szwagier Marcina.

    Nowe Morsy dzielnie reprezentowały Narvik a ich zapał udzielił się kolejnym osobom, które dzień później wskoczyły do wody: pierwszą dzielną foką z Narviku została Bernadeta. Kolejnym morsem: Darek.

Przyczółek Narvik został zdobyty!

    Na tym nie koniec zorganizowanych przez Polonię atrakcji: w sobotę w sali parafialnej kościoła w Narviku odbyła się kończąca karnawał zabawa ostatkowa. Ksiądz Jan a prywatnie Jachu skupia wokół Kościoła Polonię w taki sposób, że nawet najmniej religijnie gorliwi uczestnicy wyprawy zgłosili chęć zostania ministrantami. Jachu: wielkie dzięki za przyjęcie i gratulacje za robotę jaką robisz. Szacunek.

    Nieoczekiwanych wrażeń kulinarnych dostarczyła nam Elżbieta – najdłużej mieszkająca w Narviku Polka. Na pięknej kolacji zaserwowała nam wieloryba. W połączeniu z reniferem i łosiem spożytym u Joli i Waldka nasza ciekawość kulinarna została zaspokojona.

Ostatniego dnia pobytu odwiedziliśmy drogie Polakom miejsca: cmentarze wojskowe, pomnik Gromu i muzeum w którym nasi Marynarze i Podhalańczycy zajmują należne im miejsca wśród innych bohaterów walk o Narvik – piewszej wygranej przez Aliantów bitwy w czasie II wojny światowej.

Ciekawostką była dla nas historia kilku norweskich chłopaków, którzy po przewróceniu się pomnika polskich marynarzy zorganizowali koncert z którego dochód został przeznaczony na jego remont. Ułożoną na cześć marynarzy z Gromu piosenkę (Wojownik Grom) w tłumaczeniu Joli zaprezentowali na festiwalu szant w Krakowie, gdzie publiczność wysłuchała jej w milczeniu i na stojąco. Miło się słucha takich historii. Grupa nosi nazwę Plac Gromu – warto poszukać ich w Internecie.

Nasza norweska przygoda dobiegła końca. Dzięki Joli i Waldkowi, Jachowi, Elżbiecie oraz wszystkim naszym nowym znajomym (Marzena – dziękujemy za sernik, Marcin i Zbyszek –dzięki za narty) krótka wyprawa w odległe miejsce Europy stała się emocjonalnie pięknym wydarzeniem.

Jednak warto kąpać się zimą…

Morsy z klubu Posejdon.

Zapraszamy do obejrzenia fotek z wyprawy 

.. FotoGaleria_wyprawa_do_Narwiku_2011rok   ..

..  c.d._fotek_nr.2  ..

powrót